Felieton Radka Skórczewskiego
Coraz mniej haram w Saint Denis
Kilka lat temu z przyjacielem w ramach męskiego wyjazdu postanowiliśmy zwiedzić Normandię. Chciałem pokazać naszym chłopakom plażę Omaha, sztuczny port w Arronmanches, miejsce lądowania kompanii E (sy) z „ Kompanii Braci”, most Pegasus oraz inne ciekawe miejsca lądowania aliantów 6 lipca 1944.
Wizarkiem dolecieliśmy z Poznania do Beauvais, szumnie nazywanego w ramach reklamy w naszych mediach lotniczych: Beauvais-Paris. To tak jakby nazwać port lotniczy w Bydgoszczy aoerportem Bydgoszcz-Toruń. Bo Beauvais ma tyle wspólnego z Paryżem co Bydzia z miastem pierników. Tak więc wylądowaliśmy wieczorem w tej mieścinie, odebraliśmy Renaulta z wypożyczalni i poszliśmy coś zjeść. A że było już dość późno, koło 21.30… został nam tylko Mac Donalds. Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy pałaszować nasze burgery. Stach, wcinając Mc Royala, zaczął się gapić w komórkę. Po chwili mruczy w moim kierunku… – Ty Skóra… do centrum Paryża mamy stąd tylko 80 kilometrów… Godzina z hakiem… Lecimy?
– He? – nawet mi to poprzednio przez myśl nie przeszło... nie patrzyłem w ogóle w kierunku Paryża…
– Patrz – podsuwa mi pod nos komórkę z mapą Googla. Zerkam na ekran, mieląc ChickenBurgera… – Kurczę, rzeczywiście… Masz rację. Mnie nie trzeba namawiać na takie eskapady… – Dobra… lecimy… 5 minut i trasa obgadana … obskakujemy Luwr, potem wieża Eiffla, Plac de la Concorde, katedra Notre Dame, Pola Elizejskie z Łukiem Tryumfalnym... a że dojedziemy od północy, to jeszcze stadion Stade de France i katedrę w Saint Denis (mam hopla na punkcie kościołów romańskich). Lecimy. Poczciwy benzyniak naszego sienica wyje przy zwiększaniu obrotów. Kolejne kilometry autostrady A16 znikają pod kołami. Stach prowadzi, a ja robię za nawigację. Opuszczamy francuską autobanę i zjeżdżamy w centrum Saint Denis, aby zobaczyć pierw katedrę, miejsce pochówku prawie wszystkich francuskich królów. Po lewej stronie widzimy już ciemną sylwetkę Stade de France (nie podświetlona? Nasz narodowy jest podświetlony…) Jakoś przejeżdzając koło parku Legii Honorowej, się zgubiliśmy (tzn. ja zgubiłem prowadzenie).
Ulice zrobiły się ciaśniejsze i gorzej oświetlone. Na przystankach siedziały grupy zakapturzonej młodzieży, krzycząc coś w kierunku innych grup po drugiej stronie ulicy. Ale jedziemy powoli dalej, chociaż robi się trochę nieswojo. Nagle przeleciała nam przed szybą jakaś butelka. Uppps, to już za dużo…
Spoglądamy na siebie i jednoczenie kręcimy głowami... Nieeee... zawracamy. Saint Denis nie jest dziś dla nas... Znalazłem drogę na Paryż... Pola Elizejskie o pierwszej w nocy i wieża Eiffla o 1.30 to fajna rzecz...
Z uwagą przyglądałem się wyborom komunalnym we Francji pod koniec marca, a szczególnie dopingowałem kandydatkę na mera Paryża Sarę Knafo z ramienia partii Reconquiste. Jednak zawsze w obrębie tematu Paryża pojawiał się przy okazji jakiś materiał o Saint Denise… Dlaczego?
Otóż Saint Denis to gęsto zaludnione, wielokulturowe przedmieście Paryża (ponad 110-148 tys. mieszkańców), charakteryzujące się niskimi dochodami i wysokim odsetkiem ludności pochodzenia imigranckiego. Region Sekwana-Saint-Denis, do którego należy miasto, jest uważany za jeden z najbiedniejszych we Francji, a populacja jest bardzo zróżnicowana etnicznie i kulturowo z dużą populacją pochodzenia afrykańskiego (Maghreb) oraz z Afryki Subsaharyjskiej. Rejon ten zmaga się z wysokim poziomem ubóstwa, a znaczna część mieszkańców żyje poniżej granicy ubóstwa. Saint-Denis ma stosunkowo młodą strukturę wieku, często z dużymi rodzinami, co jest typowe dla rodzin subsaharyjskich, gdzie średnia ilość dzieci waha się od 4 do 6 na kobietę. Nie trzeba dodawać, iż większość z nich jest na utrzymaniu pomocy socjalnej. Dzięki stadionowi Stade de France i związanej z nim infrastrukturze miasto stwarza pewną liczbę miejsc pracy, jednakże spada populacja rodowitych Francuzów, którzy przenoszą się w inne okolice. Jak grzyby po deszczu powstają tam nowe sklepy/ lombardy prowadzone przez imigrantów oferujące bardzo mały asortyment. Zakłada się, iż są po prostu miejscami prania pieniędzy. Natomiast znikają tradycyjne francuskie sklepy, takie jak typowe patiserie czy boucherie.
Otóż w pierwszej turze wyborów samorządowych w Saint-Denis wygrała skrajna lewica LFI (mélenchoniści). Tak więc przy niskiej frekwencji zaledwie 13 506 głosami na mera miejscowości został wybrany pochodący z Mali Bally Bagayoko. W dniu elekcji w budynku merostwa wykonał tryumfalny taniec plemienny.
Wygląda na to, że 150-tysięczne Saint-Denis będzie laboratorium podboju etniczno-ideologicznego francuskiego terytorium pod politycznym patronatem skrajnej lewicy. W wieczór wyborczy w ratuszu dziesiątki handlarzy narkotyków na ulicach świętowały zwycięstwo Malijczyka. Po ledwie kilku dniach zmiana jest namacalna: czujki dealerów wróciły na stanowiska na ulicach, nic sobie nie robiąc z policjantów i nawet się już nie kryją. Tak jak w Marsylii.
Polityka bezpieczeństwa ratusza uległa radykalnej zmianie: odwołano interwencje na blokowiskach, nie konfiskuje się narkotyków dealerom narkotyków, szykują się czystki w policji miejskiej. Zatrudniony przez poprzedniego mera, białego socjalistę, szef policji i kilku zastępców już pakują walizki. 90 z 140 funkcjonariuszy złożyło wnioski o przeniesienie. Nowy mer zapowiada pozbawienie ich najpierw miotaczy gumowych kul LBD, potem krótkiej broni palnej 9 mm, a docelowo całkowite rozbrojenie.
Nowo wybrany prawicowy mer Nicei (to tam, gdzie wyznawca religii miłości posłał przed laty na Bulwarze Anglików kilkudziesięciu Europejczyków na łono Abrahama, rozjeżdżając ich ciężarówką) Eric Ciotti trolluje władze Saint Denis na Twitterze, zapraszając policjantów do swojego miasta, w którym ma zamiar właśnie zwiększać środki policji miejskiej w ramach polityki bezpieczeństwa.
Nawet minister spraw wewnętrznych Francji na łamach prasy upomina nowego eksmalijskiego mera Saint-Denis, że czystki polityczne są nielegalne. Ten jednak zachowuje się jak afrykański kacyk dzielący łupy i mszczący się na podbitym wrogim plemieniu. Pożyjemy, zobaczymy… Ale nie mam dobrego przeczucia…
Tymczasem do stolicy Niemiec przyleciał Ahmed al Sharaa. To wydarzenie wywołało spory entuzjazm tamtejszej społeczności syryjskiej. Kilka tysięcy Syryjczyków, wymachując nowymi „islamistycznymi” flagami Syrii (zamiast koloru czerwonego jest czarny), przemaszerowało w eskorcie policji przez... centrum Berlina obok Katedry, Opery, kierując się przez Unter den Linden do Bramy Brandenbuskiej. Wszyscy świętują zwycięstwo islamistycznej organizacji HTS, ale... do Syrii nikt nie chce wracać. Bo niemiecki Sozialgeld jest fajny. Pracować nie trzeba… I jeszcze durne Niemce świętują z nami ramadan!
Kanclerz Merz jest gotowy zawrzeć pakt z diabłem, aby tylko pozbyć się jak największej liczby migrantów w Niemczech z Bliskiego Wschodu... Byłego bojownika Al Kaidy witał szpaler żołnierzy Bundeswehry na lotnisku, a tymczasem bojówki islamskie mordują chrześcijańskich właścicieli sklepów w Aleppo, bo sprzedają alkohol. Sam kanclerz w programie publicystycznym Marcusa Lanza nieźle się odpalił… Przyznał, iż imigranci są odpowiedzialni za dużą część przestępstw i wzrost zagrożenia na ulicach… Trochę późno, ale słupki poparcia AFD rosną, więc musi coś rzucić w eter.
Kanclerz przyjął Ahmeda al-Szarę, który pod płaszczykiem funkcji prezydenta Syrii jest jej nowym dyktatorem. W skrócie Ahmed al-Szara to były bojownik Al-Kaidy i były przywódca dżihadystycznej organizacji Dżabhat an-Nusra i teraz był przyjmowany w Berlinie z pełnymi honorami. Spotkał się z prezydentem i kanclerzem Niemiec. Wziął udział w forum gospodarczym organizowanym w niemieckim MSZ.
Przede wszystkim obecny rząd Niemiec liczy na pozbycie się tysięcy migrantów z Syrii. Berlin chce ich odesłać z powrotem do Syrii, ale najpierw UE musi uznać Syrię za bezpieczne miejsce. Rząd niemiecki uważa, że nawet 80% syryjskich migrantów może zostać odesłanych do Syrii. Byłoby to coś, czego od dekad nie widziała Europa. Masowa deportacja ludzi. W Niemczech jest około 800 tys. Syryjczyków i nadal co drugi Syryjczyk w Niemczech żyje z zasiłków. Mimo że... miejsc do pracy jest... wiele… Jakoś nikt z nich nie chce zbierać szparagów, a bauerzy niemieccy lamentują, że brak im rąk do pracy, bo Rumuni i Polacy już nie przyjeżdżają na Spargelernte…
Do tego niemiecki przemysł chce zarobić na odbudowie zniszczonej Syrii. Władze Niemiec chcą zaoferować Syrii pomoc, ale chcą w zamian dostać zgodę nowych władz w Damaszku na wysyłanie Syryjczyków z powrotem do Syrii.
Niemcy już wcześniej próbowały wysyłać Syryjczyków, ale władze Syrii oficjalnie zwróciły się do Niemiec o ,,cierpliwość w związku z deportacją obywateli Syrii”, ostrzegając, że powrót osób z Niemiec ,,może doprowadzić do braku bezpieczeństwa w kraju i pogorszyć niestabilną sytuację humanitarną kraju”. Teraz jest mowa o wzajemnej pomocy. Syria będzie przyjmować deportowanych Syryjczyków z Niemiec, a Niemcy będą wspierać nowy reżim w Syrii.
To sprawia, że terrorysta został wpuszczony na niemieckie i zarazem europejskie salony polityczne.
A w szkole w Hamburgu 15-letni Syryjczyk zadźgał 13-letniego niemieckiego chłopaka... Dzień jak co dzień w rajchu.
A tymczasem w niemieckich wiadomościach cały czas nadają o sprawie wieloryba, którego wyrzuciło na mieliznę na plaży w Timmensdorf w Zatoce Lubeckiej… A wizyta byłego terrorysty… A co tam... Kogo to obchodzi... Wszyscy starają się ratować wieloryba. Nawet go nazwali... Timmi… Timmi to, Timmi tamto...
Natomiast na pasku leci co rusz informacja, że kasy chorych mają miliardowe dziury... Kto za nie odpowiada? Ci, co nie płacą składek… Policzcie 2 plus 2...
Dlatego jestem przeciw paktowi migracyjnemu serwowanemu nam przez Unię Europejską. Jeżeli ktoś jest za tym paktem, to niech przyjmie paru jurnych chłopaków z Afryki pod swój dach...
Radek
Krajan na zachodnim brzegu Odry
