Historia II wojny Światowej

75 lat temu bandyckie Niemcy napadły na Polskę. Część II

Piotr Pankanin, 26 wrzesień 2014, 15:30
Średnia: 0.0 (0 głosów)
W Sępólnie na tymczasowe więzienia zamieniono budynki aresztu sądowego i starostwa, w Więcborku - gmach sądu grodzkiego, w Kamieniu - budynek zakładu opiekuńczego pod wezwaniem św. Anny. Owe prowizoryczne areszty szybko uległy jednak przepełnieniu. W rezultacie większość więźniów z zakładu w Kamieniu wywieziono do obozów koncentracyjnych w Niemczech. W gronie deportowanych znalazło się wielu duchownych katolickich.
75 lat temu bandyckie Niemcy napadły na Polskę. Część II

Karolewo (gm. Więcbork). W piwnicach tego dworu z końca XIX w. mieścił się największy niemiecki obóz zagłady na Krajnie

Z kolei Polaków i Żydów więzionych w Sępólnie i Więcborku zazwyczaj przewożono lub pędzono pieszo do zorganizowanych przez Selbstschutz obozów dla internowanych (niem. Internierungslager). W powiecie sępoleńskim funkcjonowały dwa takie obozy - w Karolewie koło Więcborka oraz w Radzimiu koło Kamienia.

Według profesora Włodzimierza Jastrzębskiego więźniów obozu w Karolewie, podobnie jak w przypadku sąsiedniego obozu w Radzimiu, można zasadniczo podzielić na cztery grupy:

– przedstawiciele „polskiej warstwy przywódczej” - nauczyciele, duchowni katoliccy, urzędnicy, prawnicy, działacze polityczni i społeczni, członkowie organizacji krzewiących polskość, kupcy i rzemieślnicy, ziemianie itp.;

– pracownicy służb mundurowych - policjanci, strażnicy graniczni, kolejarze, pocztowcy, a także żołnierze powracający z frontów kampanii wrześniowej;

– polscy rolnicy, w tym liczni osadnicy pochodzący z terenów wschodniej i centralnej Polski;

– osoby zadenuncjowane przez miejscowych Niemców z powodu sąsiedzkich waśni i nieporozumień.

Jednorazowo w obozie przebywało zazwyczaj od 200 do 300 internowanych. Czasami liczba więźniów wzrastała do 600. Rotacja osadzonych była przy tym bardzo duża, gdyż w obozie i jego okolicach codziennie odbywały się zbiorowe lub indywidualne egzekucje, a na miejsce zamordowanych stale przywożono nowych więźniów.

Mniej więcej do końca września 1939 roku w obozach dla internowanych w Karolewie i Radzimiu nie prowadzono systematycznej eksterminacji więźniów. W obu obozach panowały natomiast ciężkie warunki bytowe, a więźniowie byli zmuszani do wykonywania ciężkich prac rolnych.

Ten stan rzeczy uległ jednak diametralnej zmianie już w październiku 1939 r. W niemal wszystkich obozach internowania na Pomorzu rozpoczęły się wówczas masowe egzekucje, a same obozy zostały de facto przekształcone w ośrodki eksterminacji.

Skala i brutalność zbrodni dokonywanych w Karolewie i Radzimiu, a także liczba więźniów którzy przeszli przez oba obozy, stanowi powód, dla którego są one - obok koszar w Bydgoszczy i Tczewie oraz Fortu VII w Toruniu - najbardziej znanymi obozami przejściowymi utworzonymi przez Niemców na okupowanym Pomorzu. Stały się one także głównymi miejscami eksterminacji ludności polskiej na terenie powiatu sępoleńskiego

W przypadku Karolewa można wręcz mówić o jednym z głównych miejsc kaźni w skali całego Pomorza. W rezultacie Radzim i Karolewo są często nazywane „obozami zniszczenia”.

Zatrzymanych Polaków osadzano w Karolewie bez jakiejkolwiek podstawy prawnej. Zarzuty - zazwyczaj nieprawdziwe - stawiano im dopiero podczas przesłuchań prowadzonych na terenie pałacu.

Nowo przybyli więźniowie byli wówczas poddawani brutalnym torturom. Zazwyczaj miały one na celu zmuszenie internowanych, aby przyznali się do popełnienia rozmaitych antyniemieckich wykroczeń - np. do członkostwa w przedwojennych organizacjach krzewiących polskość. Ciężkie przesłuchania nierzadko kończyły się śmiercią ofiary.

Więźniów obozu traktowano w nieludzki sposób. Dzienną rację wyżywienia stanowiło zwykle 100 gramów chleba i wodnista zupa.

Niekiedy porcje 200 gramów chleba rozdawano więźniom raz na 2-3 dni. Owo dalece niewystarczające wyżywienie uzupełniały wydawane raz dziennie racje wody zasypanej ospą lub maślanki (ćwierć litra).

Za miejsce noclegu służyły brudne i nieogrzewane piwnice lub budynki gospodarcze. W ciągu dnia więźniowie byli zmuszani do wyczerpującej pracy. Początkowo uprzątali oni wojenne zniszczenia na terenie majątku Karolewo. Później internowani pracowali na polach należących do niemieckich rolników lub posiadaczy ziemskich z Borówek, Olszewki, Ostrówka, Radzimia, Rogalina, Sypniewa i Zielonki (m.in. przy wykopkach ziemniaków).

Niejednokrotnie więźniów zmuszano do bezsensownych i upokarzających prac, np. do rozwożenia mierzwy po polach gołymi rękoma. Zdarzało się, że z powodu braku koni zaprzęgano internowanych do wozów.

Obozowa straż nieustannie biła i znieważała więźniów. Najgorsze były noce, gdy pijani Selbstschutzmani wpadali do pomieszczeń, gdzie trzymano więźniów i bestialsko katowali bezbronne ofiary.

Tragiczny był zwłaszcza los Polaków uznanych za szczególnie niebezpiecznych (niem. Schwerverbrecher), których umieszczano w piwnicach pałacu.Wielu z nich zostało zastrzelonych lub zakatowanych na śmierć. Niejednokrotnie członkowie obozowej załogi wymyślali sadystyczne „zabawy”. Jeden z ocalałych więźniów zeznał po wojnie, iż widział na własne oczy, jak zastępca komendanta Marquardt i strażnik Otto Rux zakatowali na śmierć kilkunastoletniego więźnia nazwiskiem Kwiatkowski (ucznia gimnazjalnego z Chojnic).

Mieli oni skakać ofierze po brzuchu, powodując ciężkie wewnętrzne obrażenia, a następnie wyrzucić go przez szklane drzwi na podwórze pałacu, gdzie niebawem skonał.

Innym razem Marquardt, Rux i Bartsch zmusili żydowskiego kupca Meierschana, aby biegał wokół stawu, a gdy ten opadł z sił, zakatowali go na śmierć.

Bestialsko zamordowany został nawet szwagier komendanta Ringla - sędzia Naftyński z Więcborka.

Indywidualnym morderstwom i aktom bestialstwa towarzyszyła systematyczna eksterminacja więźniów. Miejscem kaźni stał się w szczególności las nieopodal wsi Jastrzębiec.

Praktycznie każdego dnia miały tam miejsce zbiorowe egzekucje, w których ginęło zazwyczaj od 10 do 20 osób. Największa masakra miała miejsce w połowie października 1939.

Podczas całodziennej egzekucji zamordowano wówczas blisko 100 więźniów. Zakończenie masakry oprawcy uczcili libacją alkoholową. Więźniów rozstrzeliwano także w pałacowym parku oraz na okolicznych polach.

Często miały miejsce wypadki, gdy skazańców bestialsko mordowano uderzeniem kija, łopaty lub szprychy od wozu. W masowych grobach odnajdywano później ciała z roztrzaskanymi czaszkami lub zupełnie pozbawione czaszek.

Egzekucje przeprowadzano najczęściej o godzinie 4:00 nad ranem, stąd członków plutonu egzekucyjnego nazywano w obozie Vieruhrkommando (pol. „komando z godziny czwartej”).

Polskich więźniów zmuszano do kopania zbiorowych grobów i grzebania ciał pomordowanych towarzyszy. Owe mogiły liczyły niekiedy do 100 metrów długości. Przedmioty i ubrania należące do ofiar były rabowane przez oprawców.

Zeznanie Juliana Basa:

„Pracowałem z całą grupą przy kopaniu rowów i zasypywaniu grobów, zapełnionych trupami. Były tam ślady okrucieństw. Przy kopaniu rowów i zasypywaniu napotykaliśmy na odrębne członki ciał, co było dowodem, że nie tylko strzelano, ale rąbano tępymi narzędziami i w najohydniejszy sposób dokonywano morderstw”.

Zeznanie Franciszka Gondka:

„Apele odbywały się rano, w południe i wieczór. Była już gotowa lista, znaczono krzyżykami tych, którzy mieli być w tym dniu straceni. Grupę tę odsunięto od ogółu, a resztę brano do pracy. Skazanych obnażano, pozostawiając jedynie w spodniach i koszuli. Po tym zaczęto się nad nimi znęcać. Bito sprężynami stalowymi albo zaszytymi w skórę kulami z ołowiu, jak i łańcuchami okręconymi w drut kolczasty. Później małe grupki pędzono do lasu. Tam były przygotowane rowy długości około 100 metrów”.

CDN.