Z wojennych wspomnień sępólnianina, profesora Edwarda Kowalskiego

Lekarz, który się śmierci nie kłaniał. Część I

Łukasz Jakubowski, 12 luty 2015, 13:59
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Centrum Kultury i Sztuki w Sępólnie, projekcja filmu „Miasto 44”. Sala kinowa pęka w szwach. Z ekranu wieje wojenną grozą, niektórzy widzowie ocierają łzy. I oto jest ta scena - ta, o której kinomani będą później tak dyskutować. Na ulicy Kilińskiego w Warszawie eksploduje zdobyczny czołg - pułapka, zabijając kilkaset osób. Oczywiście wciśnięci w fotel widzowie tego nie wiedzą, ale wtedy, w 1944 roku, o życie rannych w wybuchu walczył powstańczy lekarz rodem z Sępólna, profesor Edward Kowalski.
Lekarz, który się śmierci nie kłaniał. Część I

Profesor Edward Kowalski [Fot.: www.hematologia.viamedica.pl]

Na początek przedstawmy pokrótce sylwetkę naszego bohatera. Profesor Edward Kowalski urodził się 13 marca 1914 roku w Sępólnie Krajeńskim. Piszą, że był synem rzemieślnika, ale nie musi to odpowiadać prawdzie. Są dane przemawiające za tym, że ojciec Kowalskiego zajmował się handlem. Chłopiec musiał przejawiać duże zdolności umysłowe, ponieważ po ukończeniu szkoły powszechnej w Sępólnie uczył się dalej w Chojnicach i Bydgoszczy, a po zdaniu matury w 1931 roku podjął studia na Uniwersytecie Poznańskim. Najpierw, korzystając ze stypendium, studiował farmację, a później, już jako wolny słuchacz, chemię.

Wybuch II wojny światowej zastał Kowalskiego w Nowym Sączu, gdzie do kwietnia 1940 roku kierował apteką. Następnie wyjechał on do Warszawy - tam w lipcu 1941 roku dostał pracę magazyniera w zielarskiej firmie „Hebag” i rozpoczął studia lekarskie na Tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Zaangażował się także w działalność konspiracyjną. Podczas powstania warszawskiego był pierw lekarzem w szpitalu polowym na Starym Mieście, a od września, po tym, gdy dostał się do niewoli, leczył w zorganizowanym przez siebie punkcie medycznym w kościele św. Wojciecha na Woli - zamienionym przez hitlerowców w obóz przejściowy dla mieszkańców Warszawy.

Kowalski jeszcze zanim otrzymał dyplom, bo w 1944 roku, został pracownikiem Szpitala Wolskiego (pracował tam do 1950 roku jako kierownik apteki i asystent oddziału wewnętrznego). Dodatkowo po ukończeniu studiów w 1946 roku został starszym asystentem w Zakładzie Chemii Fizjologicznej Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. W późniejszym czasie Kowalski był współzałożycielem Instytutu Hematologii, wieloletnim kierownikiem Kliniki Chorób Wewnętrznych i Pracowni Biochemii Klinicznej tej placówki, wreszcie organizatorem Ośrodka Leczenia Choroby Zakrzepowej i Poradni dla Chorych na Hemofilię i wrodzone skazy krwotoczne. Ponadto od 1955 roku zorganizował i stał na czele Zakładu Radiobiologii i Ochrony Zdrowia w Instytucie Badań Jądrowych PAN. O tym, jak ważne było dla niego ludzkie życie, najlepiej świadczy chyba to, że w 1953 roku na ochotnika zgłosił się do pracy w szpitalu wojskowym Polskiego Czerwonego Krzyża w ogarniętej wojną Korei. W Hyiczhon i Hyngnam spędził 9 miesięcy.

Jak widać zakres zainteresowań profesora był niezwykle szeroki. Zawodowo zajmował się on biochemią, hematologią i radiologią. Poza tym miał szereg innych pasji, także humanistycznych. Kowalski stanowił po prostu przykład bardzo zdolnego i pracowitego człowieka. Jego owocną karierę przerwała nieoczekiwanie śmierć. Profesor Kowalski zmarł w bramie swojego domu w Warszawie 15 kwietnia 1967 roku, w wieku zaledwie 53 lat. Pozostawił po sobie okazałą spuściznę - przede wszystkim instytuty, zakłady i oddziały, które organizował, i nad rozwojem których nieustannie czuwał. Pokłosiem jego pracy było też wychowanie całego zastępu naukowców - doktoraty pod okiem profesora zrobiło aż 50 osób!

Oczywiście ta krótka notatka jest tylko zbiorem podstawowych informacji, szczyptą faktów, zarysem niezwykłej biografii niepospolitego człowieka. Każde zdanie w biogramie Kowalskiego w Polskim Słowniku Biograficznym jest złożem, które można eksploatować bez końca, drążąc szyby coraz głębiej i raz za razem wyciągając na powierzchnię coś nowego i zaskakującego. Po takiej lekturze rodzi się w człowieku jeszcze wiele pytań.

Losy profesora, ciekawe same w sobie, zyskują jeszcze dodatkowej dramaturgii i tajemniczości, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Edward Kowalski miał żydowskie pochodzenie. Pierwotnie nazywał się on Joachim Jerochim i był synem Jerzego (Georga) Jerochima oraz Heleny z Katzkich. Georg Jerochim, kupiec nie rzemieślnik, urodzony w 1882 roku w Pile, figuruje na liście osób płacących składkę na rzecz gminy żydowskiej w Sępólnie w 1931 roku. Kiedy Jerochim został Kowalskim? Nie wiadomo. Jeżeli nie stało się to przed wojną, to stało się z pewnością podczas okupacji. Co kierowało Kowalskim? Czy wiedziała o tym jego rodzina? Czy aprobowała jego wybór? A może sama go do tego zachęcała? Jak udało się mu uprawdopodobnić swoją legendę? Skąd miał dokumenty? Kto mu pomagał (bo ktoś musiał)? I wreszcie pytanie najważniejsze - czy jego krewni też przeżyli wojnę?

Pytania dotyczące pochodzenia Kowalskiego pozostają na razie bez odpowiedzi. Więcej wiemy o wojennych perypetiach naszego bohatera. W 1947 roku Kowalski złożył zeznanie przed sędzią Haliną Wereńko, członkiem Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Warszawie. Dotyczyło ono jego pracy w powstańczych placówkach medycznych podczas powstania warszawskiego. Zeznanie spisano na kilku kartkach, więc nie sposób tu zamieścić całości. Warto jednak przytoczyć te fragmenty dokumentu, które wiążą się bezpośrednio z warunkami pracy i przeżyciami Kowalskiego. Będzie więc tutaj między innymi o wybuchu czołgu-pułapki na ulicy Kilińskiego i o organizowaniu punktu medycznego w kościele św. Wojciecha. W kontekście pochodzenia Kowalskiego szczególnie ciekawie brzmią zeznania dotyczące wyłapywania w stolicy ludności żydowskiej. Profesor wspomina również przesłuchanie prowadzone przez Niemca, zakończone przyjazną pogawędką na tematy filozoficzne i światopoglądowe. Skojarzyło mi się to ze sceną z „Pianisty” Polańskiego, gdy Szpilman gra na pianinie dla niemieckiego oficera, który wzruszony postanawia mu pomóc. Wydarzenia takie jak te formują człowieka - z pewnością wpłynęły też na życie profesora. Relacja Kowalskiego bez wątpienia pozwala lepiej zrozumieć, czym była dla niego medycyna. Przekonacie się o tym podczas lektury.

Dnia 20 III 1947 r. w Warszawie SG H. Wereńko, COKBZN, przesłuchała niż. wym. świadka, świadek: EDWARD KOWALSKI, ur. 14 III 1914 r. lekarz zam. w Warszawie, ul. Pierackiego 1 m. 5.

[…]

Szpital nasz został przeniesiony na ul. Długą 7, do gmachu dawnego Ministerstwa Sprawiedliwości. Cały budynek był zajęty przez wojsko AK. Mieściły się w nim różne komendy różnych batalionów. […] Od pierwszego dnia Starówka była silnie bombardowana i ostrzeliwana ogniem artylerii. Kierunku obstrzału nie mogę ustalić. Każdy dom był w pierwszej linii frontu. Nie można było marzyć o osobnym pomieszczeniu dla szpitala. Zresztą było to właściwie bez znaczenia; w walce z powstańcami Niemcy nie przestrzegali żadnych zasad prowadzenia wojny - szpital i ranni nie mieli odmiennych praw. Domy z wywieszanymi sztandarami Czerwonego Krzyża były bezlitośnie bombardowane.

Szpital Jana Bożego był zbombardowany, pomimo iż miał wywieszoną flagę Czerwonego Krzyża. Zginęli tam dr psychiatra Darkowska, która pozostała z umysłowo chorymi, i inni. Szpital składał się z „sali operacyjnej” i oddziałów chirurgicznych. Wszelkie terminy z szpitalnictwa są w tym wypadku zupełnie nieodpowiednie i brzmią jak kpiny. Sala operacyjna była zorganizowana w piwnicy bez światła, bez bieżącej wody, w piwnicy, nad którą waliły się piętro za piętrem, tak że tynk i odłamki cegły usuwały się z sufitu. Oddziały chirurgiczne mieściły się w piwnicach i na parterze. Ranni pokotem leżeli na materacach, na noszach, na ziemi. Od ciągłego obstrzału i bombardowań różne partie domu sypały się w gruz - i tak nieraz ranni przeniesieni do szpitala byli ranieni po raz drugi już w samym szpitalu.

[…]

Praca w szpitalu wyglądała następująco. Do pierwszej piwnicy, która spełniała rolę izby przyjęć, znoszono rannych. Tu lekarz dyżurny kwalifikował poszczególne wypadki i decydował o przeniesieniu rannego na salę operacyjną. Już sprawa zakwalifikowania każdego przypadku była przejmującą w swoim tragizmie. Rannych znoszono bez przerwy, często kilkunastu naraz. Pamiętam makabryczny dzień, w dniu 13 sierpnia 1944 r., gdy nasi żołnierze zdobyli czołg niemiecki. Czołg ten specjalnie był naładowany miną tak, że w momencie, gdy szczęśliwi chłopcy jechali z nim ulicą Kilińskiego, a chmara dzieciarni oblegała czołg, nastąpił straszny wybuch - z czołgu nie zostało śladu. Pochowaliśmy wtedy 500 głów rozszarpanych ciał, rannych znoszono bez przerwy. Należało już w „izbie przyjęć” wybierać tych, których rany były tego rodzaju, że można było wierzyć w ocalenie po wykonanym zabiegu. Reszta rannych nie mogła być operowana.

Ciąg dalszy nastąpi