Wspomnienia

Musiałam codziennie pisać moje polskie nazwisko na tablicy, bo było za trudne dla nauczyciela - esesmana

Sandra Szymańska, 18 październik 2013, 10:38
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Wkraczanie w dorosłe życie Ireny Hoppe z Kamienia nie było łatwe. Wychowała się w Płociczu. Wojna zabrała jej sześć lat dzieciństwa. Nigdy jednak nie pozwoliła sobie na strach. Mając kilkanaście lat była pracowita i odważna, dlatego przeżyła najtrudniejszy w życiu okres. Gdy skończyła 18 lat miała już za sobą bagaż doświadczeń czasów okupacji. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że to nie wróg zabierze jej syna i męża.
Musiałam codziennie pisać moje polskie nazwisko na tablicy, bo było za trudne dla nauczyciela - esesmana

Irena Hoppe

Musiałam codziennie pisać moje polskie nazwisko na tablicy, bo było za trudne dla nauczyciela - esesmana

16-letnia Irena ze swoim ukochanym koniem

Musieliśmy uciekać

Irena Hoppe urodziła się 4 czerwca 1927 roku w Płociczu. Mieszkała tam z rodzicami, młodszą siostrą Eugenią i dziadkami do zakończenia wojny. Państwo Ziętak pracowali u jednych i drugich rodziców na gospodarce. Gdy wybuchła wojna pani Irena miała 12 lat. – Wiedzieliśmy już o wszystkim w sierpniu. Przyszedł dziadek i powiedział, że w radiu przemawiał Hitler. Gdy wojsko wkroczyło do Witkowa, to aż ziemia drżała. Weszłyśmy z siostrą na stóg i wypatrywałyśmy, z której strony przyjdą. Byliśmy już spakowani. Gdy usłyszeliśmy pierwsze strzały, zaprzęgliśmy konie i uciekaliśmy 4 km do Małej Cerkwicy. Tam krążyły nad nami samoloty. Schowaliśmy się w zarośla. Ktoś wołał ojca: „Marian, chodź tu, bo strzelają!” Widziałam w jakiejś dziurze leżącego konia i martwego człowieka. Przesiedzieliśmy tam kilka godzin. W pewnym momencie spostrzegliśmy, że nie ma mojej siostry. Została sama na wozie. Miała 5 lat, ale nie płakała, bo miała lalkę i się bawiła. Gdy się uspokoiło, wróciliśmy do domu. Zostawiliśmy przecież na gospodarce wszystkie zwierzęta. Na szczęście one i dom ocalały – wspomina pani Irena. Wróciliśmy do Płocicza, ale nawet w domu trzeba było siedzieć jak mysz pod miotłą. Esesmani przychodzili podglądać pod okna i podsłuchiwać czy nie rozmawiamy po polsku. Rzadko kładliśmy się spać. Słychać było strzały i krzyki ludzi, których łapali Niemcy. Wywozili ich do Radzimia i Karolewa. Naszego nauczyciela też zamordowali – mówi pani Hoppe.

Nie było z czego żyć

– Do szkoły jeden dzień chodziliśmy, tydzień nie. Trwało to tak do końca roku. Była wtedy tylko jedna książka. W Płociczu uczyła nas taka jedna Niemka, nazywała się Schulz. Ta była głupsza od nas! Potem uczył nas esesman Laut. Jak przeszedł lewą nogą przez próg to wiadomo było, że będzie bił. Dawał po rękach piórnikiem za byle co. Codziennie rano jak przychodził to musiałam pisać moje nazwisko Ziętak na tablicy, bo było dla niego za trudne. Później przyszła taka dobra i spokojna kobieta, nazywała się Grunau. Nawet religii nas uczyła – opowiada nasza rozmówczyni.

Irena Hoppe skończyła swoją edukację w wieku 14 lat. Po szkole od razu miała iść do pracy paść owce u Niemca w Płociczu. Ojciec się nie zgodził. Mówił, że pójdzie do państwowej pracy, a ja miałam zostać w domu. Pracowałam więc w zagrodzie, karmiłam i oprzątałam zwierzęta, woziłam mleko do mleczarni. Oj, była bieda. O odzieży nie było co marzyć. Na kartki były nawet igły, nici i guziki. Jedynie zwierzęta z gospodarstwa zapewniały jako taki byt. Mieliśmy 9 kur. Od kury trzeba było oddać rocznie 120 jaj, ale tyle one nie zniosły, by starczyło jeszcze dla nas. Te, które były liche miały pieczątkę. Świnie zabijaliśmy jedną na rok, tak około 120 kg. Dobrze, że mieliśmy jeszcze swoje żyto na chleb – dodaje mieszkanka Kamienia.

Byłam wystraszona, płakałam

– W1941 roku miał nadejść niemiecki front. Wtedy o tym nie wiedziałam, w gazetach dużo o tym nie pisali. Pojechałam do Chojnic do krawcowej. Jak wysiadłam na dworcu to nie było tam niczego. Na drugi dzień wracałam rano do domu. Leżało tam już mnóstwo ciał. Ci ludzie uciekali do Bydgoszczy. Przestraszyłam się, płakałam. Pytałam jakąś kobietę co się stało, a ona odpowiedziała mi po niemiecku, czy ja nie wiem, że się front zbliża. Mój dziadek zawsze mówił, że jak będą biły dzwony to będzie koniec wojny. Od tego czasu nasłuchiwałam, kiedy wreszcie zadzwonią – opowiada pani Irena.

Wigilijny gość

– Pamiętam jak w wigilię 1944 roku przyjechała moja kuzynka z Bydgoszczy. Poszliśmy doić krowy do obory. Tam śpiewałyśmy kolędy. Nagle otworzyły się drzwi i wszedł żołnierz. Wystraszyłyśmy się. Miał w ręce jakąś puszkę z drucianą rączką i łańcuchem. Stał, patrzył na nas i nią kręcił. Powiedział: „To moje bogactwo, nie bójcie się.” Słyszał jak śpiewamy po polsku, więc wszedł. Był grzecznym i miłym chłopcem. Powiedział, że nazywa się Mironow, jest Ukraińcem, pochodzi z Charkowa i uciekł z niewoli spod Stalingradu. Jak uciekał z obozu to Niemcy go postrzelili. Miał na ramieniu zabliźnioną ranę. Wzięliśmy go do domu, babcia go ugościła, dostał jeść i pić. Umyć się nie chciał. Pytał nas ile zostało jeszcze kilometrów do granicy. Poszedł po północy, dostał na drogę pół chleba i kawałek słoniny. Nie wiem, co się z nim stało – wspomina osiemdziesięciosześcioletnia Irena.

Ruskom wódki się zachciało

Pani Irena pamięta jak zbliżała się klęska Niemiec: – Pierwszy Rosjanin, którego zobaczyłam przyjechał na siwym koniu. Płaszcz miał niemiecki. Na polnej drodze między Małą Cerkwicą a Płociczem Niemcy mieli założony telefon. Codziennie rano i wieczorem jechał jeden niemiecki czołg obwieszony klamotami. Wydawało mi się, że jedzie ich więcej. Dziadek mówił, że to Niemcy uciekają. Brakowało im już żywności i amunicji. Kilka dni później, jak już radzieckie wojsko przegnało Niemców, rozgościło się u nas. Całe podwórko zajęli, ale nas nie wygnali. Zamknęli się w jednym pokoju i obradowali. Ja i siostra podsłuchiwałyśmy. Pili wódkę, mojemu dziadkowi dali spirytus. Nagle zaczęli krzyczeć: „Wody, wody, bo stary się dusi!” Jak pojechali to był święty spokój przez 14 dni. Najgorsze, że przedtem wypuścili 30 tysięcy bandytów, wtedy oni grasowali, okradali domy.

Znam ja pracę i życie

Gdy zakończyła się wojna, Irena Hoppe miała 18 lat. – Po wojnie droga nie był usłana różami. Żyliśmy w biedzie. Moja mama została bez niczego. Wszystko ukradli. Dlatego znam pracę i życie. Kiedyś dzieci i młodzież była całkiem inna. Nie było, jak to teraz młodzi mówią „fury, skóry i komóry.” Trzeba było słuchać starszych, pracować, wykonywać polecenia. Nie było wymówek. Orałam w polu. Musiałam nakarmić świnie, krowy, przynieść mleko. Później poszłam też na swoje gospodarstwo – wspomina wkraczanie w dorosłość pani Hoppe.

Mąż pani Ireny był starszy od niej o 3 lata. Razem chodzili do szkoły w Płociczu. Pobrali się w 1948 roku. Państwo Hoppe mieli trójkę dzieci: Urszulę, Dankę i Zygmunta. Posiadali 25 hektarów pola. Po pewnym czasie Irenę i Alfonsa spotkało największe nieszczęście, jakie może dotknąć rodziców - w wyniku powikłań grypowych zmarł ich nastoletni syn. W maju 1985 roku kobieta straciła kolejną bliską osobę. Na zawał serca zmarł jej mąż Alfons. Jeszcze jesienią tego samego roku oddała gospodarkę i przeprowadziła się do Kamienia. Na Osiedlu Szkolnym mieszka do dziś z córką Urszulą. W czerwcu skończyła 86 lat. Jak byłam młoda to tej wojny się nie bałam, ale dzisiaj nie chciałabym jeszcze raz tego przeżyć podsumowuje swoją opowieść pani Irena.