Opowieści Krajeńskie

Z kamerą wśród zwierząt

Łukasz Jakubowski, 15 wrzesień 2017, 15:55
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Wcale nie było trudno uchwycić tę maszynę do zabijania. To w końcu nie żadna szara myszka, która uciekałaby przed światłem i kamerą. To kameleon, który – gdy uzna, że okoliczności są sprzyjające – wręcz obnosi się ze swoim okrucieństwem. Już na pierwszy rzut oka widać wtedy, z kim się ma do czynienia. Istoty uwiecznione w bibliotece nosiły z dumą trupią czaszkę: jak biżuterię, jak spinki lub sznur pereł. I mimo że to były osobniki oswojone, to czułem się przy nich nieswojo. Przede mną stały bowiem jedne z największych drapieżników w historii ludzkości – byli to członkowie SS.
Z kamerą wśród zwierząt

Rodzina Wolińskich (Michał i Józefa z synami: starszym Józefem i Stefanem)

Z kamerą wśród zwierząt

Scena z planu filmowego

Gdy zszedłem po schodach, na parterze kłębił się już tłumek ludzi. Na widok znajomych twarzy z Centrum Kultury i Sztuki powiedziałem „Dzień dobry”, a kiedy trochę dalej spostrzegłem mężczyznę w niemieckim mundurze, nie mogłem się powstrzymać od dodania „…i guten Morgen”. Po chwili pojawił się też Sebastian Bartkowski, reżyser, czyli osoba najwyższa szarżą - chociaż cywil. Wszyscy oni ściągnęli do siedziby biblioteki w związku z kręceniem filmu dokumentalnego, poświęconego niemieckim zbrodniom w Karolewie jesienią 1939 roku. Jest to bardzo ciekawy projekt Instytutu Filmowego Unisławskiego Towarzystwa Historycznego. Ekipa techniczna nie była co prawda liczna, jednak filmowcom towarzyszyło wielu aktorów-statystów, w tym członkowie grup rekonstrukcyjnych, przebrani za żołnierzy Wehrmachtu i SS.

Karolewo przed Jedwabnem

Kiedyś siedzibę biblioteki zajmował w całości sąd. W obecnych piwnicach znajdował się areszt. Ponieważ jesienią 1939 roku areszt i piwnice gmachu starostwa stanowiły punkty zbiorcze przed wysyłką do obozów śmierci w Karolewie i Radzimiu, filmowcy postanowili nakręcić w tych miejscach kilka scen. Niezorientowanym w temacie należy się jeszcze wyjaśnienie, że jesienią 1939 roku w Karolewie i Radzimiu hitlerowcy utworzyli obozy, w których przetrzymywano i mordowano Polaków oraz Żydów. Kontrolę nad obozami sprawował Selbschutz, organizacja paramilitarna, której członkowie rekrutowali się z miejscowego środowiska. Wynika stąd, że na Krajnie sąsiedzi mordowali sąsiadów na długo przed Jedwabnem czy Wołyniem. Ile osób straciło życie w tych miejscach kaźni? Na dobrą sprawę nie wiadomo. Dokumentacja Selbschutzu została zniszczona krótko po likwidacji obozów. W przypadku Karolewa mówi się o ponad 1700 ofiarach, ale są to niepewne dane – mogło ich być jeszcze więcej.
Najpierw do celi zostali zaproszeni cywile. Ja stałem przed drzwiami w grupie gapiów i „żołnierzy”. Już samo przyglądanie się nagrywaniu scen stanowiło ciekawe doświadczenie. Zdjęcia zaplanowano w określonych godzinach, więc na duble i tym podobne nie było czasu. W areszcie, zresztą jak i w całym filmie, statyści odgrywali oczywiście role więźniów i katów. Część mężczyzn postanowiono ucharakteryzować na pobitych. Reżyser krzyknął, że potrzebuje trochę krwi. Po chwili pojawił się słoik z sokiem malinowym, filmowym erzac posoki. I nagle w celi - niskiej, wilgotnej, brudnej i kiepsko oświetlonej - zobaczyłem twarz z czerwoną strużką cieknącą po skroni. Znowu poczułem się nieswojo. Później do pomieszczenia zostali zaproszeni SS-mani i fundamentami wstrząsnęło głośne „Raus!”, wykrzyczane kilka razy. I kolejne ujęcie – na krótkim korytarzu. Tym razem dwóch członków Selbschutzu wyprowadza więźniów. A reżyser rzuca wskazówki – „Przyłóż mu lufę do pleców, pchnij go tym karabinem!” 
Kiedy kręcą na korytarzu, stoję już nad nimi, przy zejściu do piwnic. Obok mnie kusi karabin oparty o ścianę; chyba mauser. Biorę go na chwilę do ręki – i ponownie czuję się jakoś dziwnie. Trzymając broń łatwo poczuć, ile autorytetu i pewności siebie może ona dodać swojemu posiadaczowi. Tym karabinem można było kogoś zastrzelić, ale też zatłuc. Ciężka, drewniana kolba z łatwością rozłupałaby czaszkę. Kiedy ktoś celuje do ciebie z czegoś takiego, to robi ci się sucho w gardle, to boisz się jak ta myszka, szukająca najkrótszej drogi do dziury. Kiedy ktoś cię tym szturcha, po prostu idziesz. Nie dyskutuje się z kulą ani kolbą. I nie dyskutowaliby z nią statyści, poddaliby się jej równie łatwo jak poleceniom reżysera, tak jak nie dyskutowali z nią aresztowani jesienią tamtego pamiętnego roku. 

Schnell, Woliński, schnell!

Rodzina Wolińskich osiedliła się w Młynkach w 1934 roku. Michał Woliński, głowa tej familii, przed kupnem gospodarstwa przez wiele lat pracował we Francji. Po powrocie do ojczyzny najmłodsze dzieci Wolińskich mówiły równie dobrze po francusku, jak po polsku. Jednak pech chciał, że rodzina kupiła dawne niemieckie gospodarstwo. Gdy wybuchła wojna, stanowiło to podstawę do represji. Hitlerowcy najpierw zatrzymali Michała, który 1 września nie uciekał, tylko został w domu, by pilnować obejścia. W rodzinie zawsze się mówiło, że Wolińskiego aresztowano za to, że nie podpisał volkslisty, ale to bzdura – volkslisty jeszcze wtedy nie było. Krewni ofiar często tłumaczą aresztowanie jakąś patriotyczną działalnością, co oczywiście może, ale nie musi być prawdą. Nierzadko w Karolewie czy Radzimiu kończyli ludzie, których jedyną winą był konflikt z jakimś Niemcem lub fakt posiadania poniemieckiego gospodarstwa. I prawdopodobnie właśnie tak było w przypadku Wolińskich. Przynajmniej nie wiadomo nam o innych czynnikach, które spowodowałyby aresztowanie.
Na początku października do domu powrócił Józef Woliński, pierworodny Michała. Józef był w wieku poborowym i 1 września miał ruszyć podwodą za polskim wojskiem. Gdy wrócił, ojciec był już w Karolewie. Mimo próśb matki chłopak nie uciekł. Pewnego dnia pracował na polu w trakcie wykopków. Niespodziewanie na polu pojawił się też ktoś z Selbschutzu. I ten ktoś może miał karabin taki jak ten, który trzymałem w ręku. A nie dyskutuje się z kulą ani kolbą! Józef Woliński został zabrany z tego pola prosto do Karolewa. W rodzinie zawsze opowiadano (piszę o rodzinie, bo Wolińscy to moi przodkowie), że najpierw zamordowali Józefa. Michał miał się natknąć na ciało pierworodnego podczas pochówku. Tego dnia Niemcy go mocno pobili, a zabili kilka dni później. Moja babcia, która była wtedy dzieckiem, nosiła do Karolewa jedzenie dla ojca i brata. Mijała posterunek przy gorzelni w Jastrzębcu i nie niepokojona przez nikogo dochodziła do dworu w Karolewie. Raz tylko nie puszczono jej dalej – kiedy nie miała już po co iść. Jak widać Karolewo nie przypominało Oświęcimia. Tam nie było płotów, krematorium, drutu kolczastego. Z Karolewa teoretycznie dawało się dać drapaka, ale uciekał mało kto. W Karolewie najlepszym strażnikiem był paraliżujący strach. 
Gehenna mieszkańców Sępólna, którym pisane były obozy śmierci, zaczynała się między innymi w areszcie sądu. Ci, którym udało się przeżyć Karolewo, a tacy byli, opowiadali później straszne historie. Mówili o skakaniu po ludziach, o chodzeniu po więźniach rozłożonych na mierzwie, o Żydzie Meyersohnie z Więcborka, którego zmuszono do biegania wkoło stawu, a gdy go wreszcie siły opuściły… Bo w Karolewie nie tyle, że zabijano ludzi. Tam robiono z tego morderczy show. 
W dawnym areszcie patrzył na mnie statysta z sokiem malinowym spływającym po skroni, a ja, kiedy oparłem się o ścianę, ponownie poczułem niepokój. Przecież w 1939 roku w tych celach ludzie rozpoczynali swoją podróż do piekła. Ktoś z obecnych przy kręceniu stwierdził, że warto by było upamiętnić to miejsce. Cóż, więźniowie upamiętniali się sami. Niegdyś ściany aresztu na pewno pokryte były inskrypcjami. A prawdziwej zbrodni na pamięci po ofiarach nazizmu dokonano, o zgrozo, w Karolewie. Gdy długo po wojnie remontowano podworskie budynki gospodarcze, zniszczono graffiti i inskrypcje zostawione przez więźniów. Obozowego rejestru tworzonego krwią, ostrą krawędzią kamienia, gwoździem, pozbyto się wtedy niczym niewygodnego świadka. Krzyczącym murom zaklejono usta, ostatnie znaki życia wymazano, słowem - zamordowano więźniów po raz drugi. 

Wilk w owczej skórze

Plan filmowy bez dwóch zdań stanowił pochwałę koncepcji żywej historii. Im więcej zmysłów angażujemy w proces poznawania przeszłości i uczenia się jej, tym lepiej. Tego dnia w bibliotece można było wykorzystać każdy zmysł. Kręcony film będzie niewątpliwie cennym materiałem dydaktycznym, niemniej obraz nie zarejestruje wszystkiego. Widz nie poczuje na własnej skórze chłodu i wilgoci aresztu. Nie weźmie do ręki karabinu. Nie będzie też świadkiem dwóch scen, które szczególnie zapadły mi w pamięci. Esesmani w tych swoich czarnych, starannie zaprojektowanych mundurach robili wstrząsające wrażenie. Jednak z rozbawieniem przyjąłem fakt, że jeden z nich roztaczał wokół siebie, jak mi się wydawało, delikatną woń wina. Czyniło to ludzkim tego człowieka w złowieszczej czerni, przy czym motywy, którymi się on wówczas kierował, wydały mi się nieistotne i istotne zarazem. W każdym razie asocjację, że oprawcy z Radzimia i Karolewa niemal permanentnie znieczulali się alkoholem, uznałem w tym kontekście za zabawną. Później moją uwagę zaprzątnęło coś jeszcze ciekawszego. Oto kobiety-statystki (koleżanki z CKiS), zwolnione już ze zdjęć w celi, stanęły grupą przy schodach na parter. Trzeba im oddać, że w stylizacji retro wyglądały zjawiskowo. Bardziej niż do obskurnych kazamat pasowały do sali balowej z wielkobudżetowej ekranizacji Wielkiego Gatsby’ego, prędzej niż w więziennym tangu ze zwyrodnialcami z Selbschutzu widziałbym je w ramionach Ryana Goslinga podczas szaleńczego fokstrota. I do tej uroczej grupy podszedł w pewnej chwili facet w czerni. Zachował się uprzejmie, coś jak oficer SS, chociaż nie spojrzałem na jego dystynkcje czy epolety. W każdym razie oficerami SS raczej nie zostawali ludzie, którym wystawała słoma z butów. Mężczyzna zaczął bawić panie rozmową, przy czym pogawędka szybko zeszła na temat wojennych okrucieństw. Przy okazji Wołynia pan wspomniał o stalinowskich czystkach, paniom człowiecza brutalność wydała się niepojęta. Facet w czerni kobiece uwagi podsumował wypowiedzią o beznadziejności ludzkiej natury. Wszyscy byśmy zabijali w określonych warunkach, brzmiało jego przesłanie, pewnik dlań równie oczywisty jak ten, że po dniu nastanie noc, pewnik podparty między innymi prawidłami psychologii tłumu. I gdyby wtedy zamienić polszczyznę na język oprawców, z łatwością bym sobie wmówił, że oto kulturalny absolwent Heidelbergu i gorliwy zakonnik Himmlera wyjaśnia damom organiczną wręcz konieczność eksterminacji elementów zbytecznych III Rzeszy. Niby niewinna rozmowa niewinnych ludzi w strojach z epoki, ale pomyślałem wtedy o słynnym eksperymencie więziennym Zimbardo i z przerażeniem odkryłem, że miły esesman-statysta ma pewnie rację. Łatwo wcielamy się w role, łatwo racjonalizujemy zło, łatwo relatywizujemy normy moralne. Człowiek jest największym drapieżnikiem w historii ludzkości. Różnicę robią tutaj głównie okoliczności. Gdy przestają głaskać po głowie, a szczują, wilki zrzucają owczą skórę. I niech Bóg ma nas w swojej opiece, jeśli ważymy się o tym kiedykolwiek zapomnieć.