Felieton Radka Skórczewskiego

Koszty importu i lewacka Firedensmarine (flota pokoju)

Radek Skórczewski, 29 październik 2026, 10:35
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Otóż niemiecka polityka migracyjna/azylowa w latach 2016-2025 kosztowała podatników co najmniej 400 miliardów euro. „Die Welt” podkreśla, że są to szacunki na konserwatywnym minimum, które da się w miarę solidnie udokumentować, bazując jedynie na publicznie dostępnych informacjach z urzędów. Koszty rzeczywiste są oczywiście dużo wyższe, bo wielu skutków ubocznych imigracji (nakłady na bezpieczeństwo, edukację, ochronę zdrowia, obciążenia sądów, wzrost kradzieży etc.) nie da się precyzyjnie wyliczyć.
Koszty importu i lewacka Firedensmarine (flota pokoju)

Jeden ze statków Mission Lifeline

Koszty importu i lewacka Firedensmarine (flota pokoju)

Axel Steier

Autor konkluduje, że podczas gdy wiele gałęzi przemysłu kurczy się, obumiera albo upada i znikają setki tysięcy miejsc pracy (patrz Volkswagen), to tzw. kompleks azylowy kwitnie. Puste hotele i biurowce stają się żyłami złota dla pośredników. Ostatnio w Berlinie przerobiono dziewięciopiętrowy biurowiec na ośrodek dla uchodźców, który ma pomieścić 921 osób. Właściciel budynku, grupa KapHag, wynajęła obiekt berlińskiemu senatowi, a umowa najmu przewiduje koszty wynajmu na poziomie prawie 165 mln euro do 2035 roku. A to tylko wynajem. Prąd, gaz, ciepła woda, wywóz śmieci płaci senat ekstra. 
Z kolei na granicy berlińskich dzielnic Neukölln i Kreuzberg trwa adaptacja dawnej siedziby Niemieckiego Ubezpieczenia Emerytalnego (Deutsche Rentenversicherung) na kolejny megaośrodek dla około 1000 osób. Firmy państwowe, prywatni operatorzy oraz rozmaite NGOsy czerpią gigantyczne zyski z rządowo-unijnej polityki migracyjnej.
Jedną z takich „prywatnych” inicjatyw jest pozarządowa organizacja Mission Lifeline z siedzibą w Dreźnie, założona przez Axela Steiera. Zajmuje się ona morskimi operacjami poszukiwawczo-ratowniczymi na Morzu Śródziemnym, udzielając pomocy migrantom i uchodźcom próbującym przeprawić się do Europy. Pod koniec 2022 roku, w odpowiedzi na pytanie, czy nie przeszkadza mu, że importowana ludność generuje konflikty i pogarsza bezpieczeństwo na ulicach niemieckich miast, Steier puścił farbę i wypaplał, cytuję:
„Nie, ponieważ w niedalekiej przyszłości nie będzie już białych ludzi. Za jakieś 50-100 lat wasze potomstwo wybierze sobie partnera/partnerkę, którzy nie będą biali. Dehomogenizacja społeczeństwa postępuje i ja wspieram ten proces poprzez swoją pracę.”
Sama Mission Lifelinie od 2016 roku operowała kilkoma statkami na Morzu Śródziemnym, (głównie w jego centralnej części między Libią, Maltą i Włochami), które podpływały pod granice Libii i zbierały imigrantów. 
Na Morzu Śródziemnym działają inne wyspecjalizowane organizacje pozarządowe prowadzące tak zwane akcje poszukiwawczo-ratownicze. Albo nazywając to po prostu świadczące usługi przewozu migrantów. Są to francuscy Lekarze bez Granic (Médecins Sans Fronti?res - MSF) - prowadzą operacje ratunkowe na statkach Geo Barents i Oyvon. Inną organizacją prowadzoną przez przejaranaych zielonych lewaków (takie określenie słyszę często od prawicowo nastawionych pacjentów, a u mnie w gabinecie jest wolność wypowiedzi) jest SOS MEDITERRANEE – założona w 2015 roku międzynarodowa organizacja morska i humanitarna, która prowadzi akcje ratunkowe na statku „Ocean Viking”, niosąc oficjalnie pomoc, a tak na prawdę robiąc podwózkę osobom uciekającym przez szlak śródziemnomorski. Schemat jest ten sam. Podpływają pod wybrzeże Libii, rzadziej Maroka czy Tunezji i zdejmują imigrantów w mafijnych pontonów. Bo tu nie trzeba ściemniać… To jest wielki biznes. I dopóty te statki odbierają towar, biznes kręci się dalej. Jest podaż i popyt. Potem takie statki kierują się do wybrzeży Włoch lub na Maltę i tam oczekują wyładunku „towaru” - udzielenia w portach pomocy tym ludziom przez tamtejsze rządy. Kto za to zapłaci, to te organizacje nie interesuje… mają to głęboko w d… Płyną po kolejnych. Potem taka premier Włoch Meloni ma kolejny problem, musi coś z nimi zrobić, rozdziela po całym kraju i w końcu to towarzystwo z pokładu statków ląduje np. na placu przed katedrą w Mediolanie. 
A totalną parodią jest fakt, iż w poprzednich latach rząd w Berlinie przeznaczał na finansowanie niemieckich pozarządowych organizacji zajmujących się ratowaniem (odławianiem) migrantów na Morzu Śródziemnym około 2 miliony euro rocznie. Można tu wymienić takie organizacje jak SOS Humanity, SOS Mediterranee, Sea-Eye czy Sant’Egidio). Dopiero w 2025 roku zaprzestano finansowania tych organizacja. Działanie rządu niemieckiego było niczym innym, jak podcinaniem gałęzi, na której siedzą, bo przecież duża część z pasażerów tych wycieczkowców marzy o niemieckim państwie socjalnym i kieruje się póżniej do Niemiec. Ta decyzja była wielokrotnie żądana przez stronę włoską, która wielokrotnie krytykowała dotacje jako podkręcająca kryzys migracyjny, w końcu Giorgia dopięła swego. A zresztą… Rządy państw europejskich nie maja już jaj. Kiedy w 1985 roku statek Greenpeace „Rainbow Warrior” - „Tęczowy wojownik” (w tamtych czasach tęcza była sympatycznym symbolem z bajek dla dzieci, więc sama nazwa statku brzmiała pozytywnie, a nie jak obecnie artefaktem na transparentach małżeństwa Biedronia i Śmieszka), przeszkadzał w prowadzeniu francuskich prób jądrowych na atolu Moruroa, to się prezydent Mitterand wkurzył i wysłał komandosów/płetwonurków. Tak więc statek został wysadzony w powietrze przez francuskie służby specjalne (DGSE) w porcie w Auckland w Nowej Zelandii. I skończyło się rumakowanie. Obecnie na takie działania się raczej już nikt nie zdecyduje…
I biznes się kręci. 
 
Rubryka „I śmieszno i strasznie…”
W pewnym szpitalu zatrudniono na pewnym oddziale pewną osobę z subkontynentu indyjskiego legitymującą się posiadaniem dyplomu lekarskiego, certyfikowanego, a no przecież, przez niemieckie urzędy. Polscy lekarze już nie przychodzą, niemieccy też nie, więc dyrekcje ratują się szukając lekarzy poprzez agencje pośrednicze… Papiery ma? - Ma! To bierzemy… AI wypisy będzie robiła…W ramach specjalizacji w większości przypadków należy odbyć staż 6 miesięczny na OIOM-ie. No więc skierowano go na OIOM. Ale dyżury nadal robił na macierzystym oddziale i na SORze w ramach własnej kliniki. Ale jak znowu zrobił knota na dyżurze, jeden z ordynatorów nie wytrzymał i poszedł na OIOM, który mieści się w zupełnie innej części szpitala, niż oddział macierzysty. Kawał drogi… Chciał wyklarować tego knota…
Wpada na OIOM i pyta: 
– Gdzie jest Raszid, muszę z nim porozmawiać! 
– Ale tutaj go nie ma – odpowiada ordynatorka z OIOm-u.
– To gdzie on teraz polazł?
– Panie kolego, nie to, że go tu nie ma teraz, i gdzieś polazł, myśmy Raszida tutaj w ogóle nie widzieli… Jest przecież jeszcze u was… Dopiero ma do nas przyjść…
– Jak to u nas? – oczy koledze wychodzą z orbit. 
– Przecież u nas go od 2 miesięcy nie ma!? Miał być tutaj, u was!
– No tutaj go nie było…
 
Gościu znalazł sobie taką nieużywaną kanciapę na jednym z zamkniętych oddziałów… i tam się dekował. A co robił… czy czytał podręczniki, studiował hadisy czy oglądał Bollywood, tego się już nie dowiemy. Czipował się rano na wejście do pracy i wyczipowywał się na koniec pracy. Dyżury w ramach macierzystego oddziału robił sumiennie, przychodził na 8.30, robił 24 h, potem następnego dnia zdawał raport poranny i szedł do domu. Poza tym z macierzystym oddziałem nie miał nic wspólnego. W systemie sprawdzającym czas pracy i godziny się zgadzały. Tylko przez dwa miesiące w klinice myśleli, że robi staż na OIOM-ie, na na OIOMI-e myśleli, że jest w klinice… dwa miesiące pełnopłatnego dekowania… A podobno nawet nie ma wyrzutów sumienia.
 
Fot. PAP, portal X