Felieton Radka Skórczewskiego
Koszty importu i lewacka Firedensmarine (flota pokoju)
Radek Skórczewski, 22 październik 2026, 10:31
Średnia:
0.0
(0 głosów)
Otóż niemiecka polityka migracyjna/azylowa w latach 2016-2025 kosztowała podatników co najmniej 400 miliardów euro. „Die Welt” podkreśla, że są to szacunki na konserwatywnym minimum, które da się w miarę solidnie udokumentować, bazując jedynie na publicznie dostępnych informacjach z urzędów. Koszty rzeczywiste są oczywiście dużo wyższe, bo wielu skutków ubocznych imigracji (nakłady na bezpieczeństwo, edukację, ochronę zdrowia, obciążenia sądów, wzrost kradzieży etc.) nie da się precyzyjnie wyliczyć.
Autor konkluduje, że podczas gdy wiele gałęzi przemysłu kurczy się, obumiera albo upada i znikają setki tysięcy miejsc pracy (patrz Volkswagen), to tzw. kompleks azylowy kwitnie. Puste hotele i biurowce stają się żyłami złota dla pośredników. Ostatnio w Berlinie przerobiono dziewięciopiętrowy biurowiec na ośrodek dla uchodźców, który ma pomieścić 921 osób. Właściciel budynku, grupa KapHag, wynajęła obiekt berlińskiemu senatowi, a umowa najmu przewiduje koszty wynajmu na poziomie prawie 165 mln euro do 2035 roku. A to tylko wynajem. Prąd, gaz, ciepła woda, wywóz śmieci płaci senat ekstra.
Z kolei na granicy berlińskich dzielnic Neukölln i Kreuzberg trwa adaptacja dawnej siedziby Niemieckiego Ubezpieczenia Emerytalnego (Deutsche Rentenversicherung) na kolejny megaośrodek dla około 1000 osób. Firmy państwowe, prywatni operatorzy oraz rozmaite NGOsy czerpią gigantyczne zyski z rządowo-unijnej polityki migracyjnej.
Jedną z takich „prywatnych” inicjatyw jest pozarządowa organizacja Mission Lifeline z siedzibą w Dreźnie, założona przez Axela Steiera. Zajmuje się ona morskimi operacjami poszukiwawczo-ratowniczymi na Morzu Śródziemnym, udzielając pomocy migrantom i uchodźcom próbującym przeprawić się do Europy. Pod koniec 2022 roku, w odpowiedzi na pytanie, czy nie przeszkadza mu, że importowana ludność generuje konflikty i pogarsza bezpieczeństwo na ulicach niemieckich miast, Steier puścił farbę i wypaplał, cytuję:
„Nie, ponieważ w niedalekiej przyszłości nie będzie już białych ludzi. Za jakieś 50-100 lat wasze potomstwo wybierze sobie partnera/partnerkę, którzy nie będą biali. Dehomogenizacja społeczeństwa postępuje i ja wspieram ten proces poprzez swoją pracę.”
Sama Mission Lifelinie od 2016 roku operowała kilkoma statkami na Morzu Śródziemnym, (głównie w jego centralnej części między Libią, Maltą i Włochami), które podpływały pod granice Libii i zbierały imigrantów.
Na Morzu Śródziemnym działają inne wyspecjalizowane organizacje pozarządowe prowadzące tak zwane akcje poszukiwawczo-ratownicze. Albo nazywając to po prostu świadczące usługi przewozu migrantów. Są to francuscy Lekarze bez Granic (Médecins Sans Fronti?res - MSF) - prowadzą operacje ratunkowe na statkach Geo Barents i Oyvon. Inną organizacją prowadzoną przez przejaranaych zielonych lewaków (takie określenie słyszę często od prawicowo nastawionych pacjentów, a u mnie w gabinecie jest wolność wypowiedzi) jest SOS MEDITERRANEE – założona w 2015 roku międzynarodowa organizacja morska i humanitarna, która prowadzi akcje ratunkowe na statku „Ocean Viking”, niosąc oficjalnie pomoc, a tak na prawdę robiąc podwózkę osobom uciekającym przez szlak śródziemnomorski. Schemat jest ten sam. Podpływają pod wybrzeże Libii, rzadziej Maroka czy Tunezji i zdejmują imigrantów w mafijnych pontonów. Bo tu nie trzeba ściemniać… To jest wielki biznes. I dopóty te statki odbierają towar, biznes kręci się dalej. Jest podaż i popyt. Potem takie statki kierują się do wybrzeży Włoch lub na Maltę i tam oczekują wyładunku „towaru” - udzielenia w portach pomocy tym ludziom przez tamtejsze rządy. Kto za to zapłaci, to te organizacje nie interesuje… mają to głęboko w d… Płyną po kolejnych. Potem taka premier Włoch Meloni ma kolejny problem, musi coś z nimi zrobić, rozdziela po całym kraju i w końcu to towarzystwo z pokładu statków ląduje np. na placu przed katedrą w Mediolanie.
A totalną parodią jest fakt, iż w poprzednich latach rząd w Berlinie przeznaczał na finansowanie niemieckich pozarządowych organizacji zajmujących się ratowaniem (odławianiem) migrantów na Morzu Śródziemnym około 2 miliony euro rocznie. Można tu wymienić takie organizacje jak SOS Humanity, SOS Mediterranee, Sea-Eye czy Sant’Egidio). Dopiero w 2025 roku zaprzestano finansowania tych organizacja. Działanie rządu niemieckiego było niczym innym, jak podcinaniem gałęzi, na której siedzą, bo przecież duża część z pasażerów tych wycieczkowców marzy o niemieckim państwie socjalnym i kieruje się póżniej do Niemiec. Ta decyzja była wielokrotnie żądana przez stronę włoską, która wielokrotnie krytykowała dotacje jako podkręcająca kryzys migracyjny, w końcu Giorgia dopięła swego. A zresztą… Rządy państw europejskich nie maja już jaj. Kiedy w 1985 roku statek Greenpeace „Rainbow Warrior” - „Tęczowy wojownik” (w tamtych czasach tęcza była sympatycznym symbolem z bajek dla dzieci, więc sama nazwa statku brzmiała pozytywnie, a nie jak obecnie artefaktem na transparentach małżeństwa Biedronia i Śmieszka), przeszkadzał w prowadzeniu francuskich prób jądrowych na atolu Moruroa, to się prezydent Mitterand wkurzył i wysłał komandosów/płetwonurków. Tak więc statek został wysadzony w powietrze przez francuskie służby specjalne (DGSE) w porcie w Auckland w Nowej Zelandii. I skończyło się rumakowanie. Obecnie na takie działania się raczej już nikt nie zdecyduje…
I biznes się kręci.
Rubryka „I śmieszno i strasznie…”
W pewnym szpitalu zatrudniono na pewnym oddziale pewną osobę z subkontynentu indyjskiego legitymującą się posiadaniem dyplomu lekarskiego, certyfikowanego, a no przecież, przez niemieckie urzędy. Polscy lekarze już nie przychodzą, niemieccy też nie, więc dyrekcje ratują się szukając lekarzy poprzez agencje pośrednicze… Papiery ma? - Ma! To bierzemy… AI wypisy będzie robiła…W ramach specjalizacji w większości przypadków należy odbyć staż 6 miesięczny na OIOM-ie. No więc skierowano go na OIOM. Ale dyżury nadal robił na macierzystym oddziale i na SORze w ramach własnej kliniki. Ale jak znowu zrobił knota na dyżurze, jeden z ordynatorów nie wytrzymał i poszedł na OIOM, który mieści się w zupełnie innej części szpitala, niż oddział macierzysty. Kawał drogi… Chciał wyklarować tego knota…
Wpada na OIOM i pyta:
– Gdzie jest Raszid, muszę z nim porozmawiać!
– Ale tutaj go nie ma – odpowiada ordynatorka z OIOm-u.
– To gdzie on teraz polazł?
– Panie kolego, nie to, że go tu nie ma teraz, i gdzieś polazł, myśmy Raszida tutaj w ogóle nie widzieli… Jest przecież jeszcze u was… Dopiero ma do nas przyjść…
– Jak to u nas? – oczy koledze wychodzą z orbit.
– Przecież u nas go od 2 miesięcy nie ma!? Miał być tutaj, u was!
– No tutaj go nie było…
Gościu znalazł sobie taką nieużywaną kanciapę na jednym z zamkniętych oddziałów… i tam się dekował. A co robił… czy czytał podręczniki, studiował hadisy czy oglądał Bollywood, tego się już nie dowiemy. Czipował się rano na wejście do pracy i wyczipowywał się na koniec pracy. Dyżury w ramach macierzystego oddziału robił sumiennie, przychodził na 8.30, robił 24 h, potem następnego dnia zdawał raport poranny i szedł do domu. Poza tym z macierzystym oddziałem nie miał nic wspólnego. W systemie sprawdzającym czas pracy i godziny się zgadzały. Tylko przez dwa miesiące w klinice myśleli, że robi staż na OIOM-ie, na na OIOMI-e myśleli, że jest w klinice… dwa miesiące pełnopłatnego dekowania… A podobno nawet nie ma wyrzutów sumienia.
Fot. PAP, portal X
Komentarze do artykułu
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.
Zaloguj się
Najczęściej czytane
W Więcborku odbył się niecodzienny ślub. Przed ołtarzem...
A więc jednak szowinizm. Tego, co wydarzyło się w trakcie meczu 22....
– Kilka tygodni temu pisaliście o apelu samorządowców w sprawie...
Najwyżej oceniane
Pomysł zrodził się w naszej redakcji. Utrwalony został na mocno...
Rolnicy z całej Polski, także z terenu powiatu sępoleńskiego,...
Dwa ostatnie dni ubiegłego tygodnia kilkudziesięciu urzędników z...


