stat4u
Opowieści krajeńskie

Wirusy i bakterie były tu od zawsze Rzut oka na historię epidemii na Krajnie – część I

Łukasz Jakubowski, 09 kwiecień 2020, 10:08
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Nie minął jeszcze pierwszy kwartał, a bez większego ryzyka możemy ogłosić, że bohaterem roku 2020 będzie koronawirus. Pandemia postępuje, patogen pojawia się w coraz to nowych krajach. Dla wielu Polaków inwazja wirusa to zupełnie nowa sytuacja. Przecież w ostatnich dekadach żyliśmy wolni od takich zagrożeń. Ale w przeszłości – i to nawet nie aż tak bardzo odległej – epidemie zdarzały się regularnie, zbierając krwawe żniwo.
Wirusy i bakterie były tu od zawsze Rzut oka na historię epidemii na Krajnie – część I

Pałeczka dżumy, obraz z mikroskopu elektronowego

Wirusy i bakterie były tu od zawsze Rzut oka na historię epidemii na Krajnie – część I

Leczenie pacjenta podczas epidemii dżumy w Indiach, 1897 rok

Złośliwy Macioś w akcji

W okolicach Chojnic wielką sławą znachora cieszył się niejaki Jeneralski. Gdzieś przed Wielkanocą 1836 roku w Wałdowie 12-letnia dziewczynka doznała ataku maligny. Sąsiedzkie konsylium uradziło, że jej diabła zadano i nie ma rady, trzeba posłać po Jeneralskiego. Ten po przybyciu diagnozę potwierdził. Trzy diabły siedziały w dziecku, a na imię im było Macioś, Bartoś i Kubaś. Źródło cierpienia nieboraczki stanowił zaś rozgniewany Macioś, któremu przy wymiotach ogon się urwał 
i w postaci czarnego pióra pokazał. Jeneralski służył też wróżbą i pewnie czymkolwiek paranormalnym, na co akurat było zapotrzebowanie. 
Co ciekawe, nie tylko pospólstwo miało problem z dostępem do rzetelnych lekarzy. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy działał Jeneralski, zachorował na astmę Tomasz Komierowski, dziedzic Komierowa. Jego syn Roman 
w swoich wspomnieniach napisał: „[…] w owych latach nie było w sąsiednich miasteczkach żadnego porządnego lekarza, bo ten w Chojnicach, widząc ojca cierpienia, twierdził, że te duszności wywoływane są przez zbyt wielkie wąsy i radził je zgolić”. Ostatecznie stan zdrowia ziemianina poprawił się dopiero po wizycie u dr. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. A Wałdowo? Cóż, paramedycy nie mogli tam narzekać na brak klienteli – i czasami działali na jej zgubę. „Gazeta Toruńska” w nr. 25 z 31 I 1886 donosi, że Światczyński z Wałdowa, organista i dzierżawca plebanki, a jednocześnie samozwańczy lekarz, skazany został na 3 miesiące więzienia za to, że swoimi lekami wyprawił jakiegoś nieszczęśnika na tamten świat.
Oto Krajna magiczna, jak z powieści Marqueza, gdzie wciąż spore obszary ludzkiej umysłowości bardzo mocno osadzone są w kulturze tradycyjnej. Co niektórzy Krajanie znajdowali się wówczas w tym samym miejscu, w którym przed kilkuset laty był Jan Długosz, tłumaczący klęski elementarne niekorzystnymi konstelacjami gwiazd i planet czy pojawieniem się komety.
 

Poprzednicy koronawirusa

Nieprzypadkowo w modlitewnym, błagalnym „od powietrza, ognia, głodu i wojny” wyliczankę rozpoczyna powietrze, w domyśle powietrze morowe, czyli zaraza. Z nią walczyło się trudno, stawka zawsze była najwyższa, a arsenał naszych środków zaradczych bardzo długo nie napawał optymizmem. Kiedy zawodziła prewencja (a zawodziła często), medycyna bezradnie rozkładała ręce. Tymczasem tonący brzytwy się chwyta. To nie jego wina, że czasami na imię jej Jeneralski. 
Już w starożytności zauważono, że pewnym schorzeniom sprzyja kontakt z chorymi ludźmi lub zwierzętami. Implikowało to obecność jakiegoś czynnika przenoszącego się z organizmu zakażonego na osobniki zdrowe. Oprócz tego długo funkcjonowały i miały się dobrze średniowieczne teorie, jakoby epidemie stanowiły dopust boży lub efekt zepsucia powietrza wywołany ciałami astralnymi (wspomniane komety, koniunkcja złowrogich planet itp.) albo trującymi wyziewami. Wszystkie teorie łączył czynnik x – nasiono kiełkujące w chorobę, pałeczka w sztafecie śmierci przechodząca z ręki do ręki, wróg niewidzialny, a więc i nienamierzalny. Próby jego wykrycia doprowadzały do różnych wniosków. Te racjonalne nakazywały trzymać się z dala od chorych, ich wydzielin i sprzętów, te fantazyjne dostrzegały zagrożenie we mgle czy wiatrach wiejących z południa i wschodu. 
A problem przecież nie był błahy. Zarazy pojawiały się często i zbierały spore żniwo. Do końca XVIII wieku ich królową była dżuma, zastąpiona później przez cholerę. Oprócz tej dwójki wysoką śmiertelnością straszyły również: tyfus, ospa prawdziwa, czerwonka, a nawet grypa. Dużej częstotliwości i śmiertelności sprzyjały między innymi zaniedbania higieniczne, złe warunki sanitarne, niedożywienie oraz zasygnalizowany już brak dostatecznej wiedzy medycznej i skutecznych lekarstw.
 

Dżuma królową polowania

Bez wątpienia epidemie dziesiątkowały Krajnę już w średniowieczu, jednak najwcześniejsze wzmianki o nich w literaturze dotyczą morowego powietrza z 1609 roku oraz dżumy z 1629 roku i z lat 1656–1657. W tym trzecim przypadku według tradycji zmarło około 1000 mieszkańców Sępólna, co jest akurat liczbą przesadzoną. Historycy sugerują bowiem, że w owym tysiącu mieszczą się też ofiary z lat wcześniejszych, mianowicie 1653–1654. Kolejne równie krwawe żniwo zebrała 
u nas dżuma w latach 1709–1711. Łatwo zauważyć, że epidemie pokrywały się w czasie z wojnami północnymi. Ludność cierpiała wtedy niezmiernie, niepokojona przez zgranych ze sobą jeźdźców apokalipsy: choroby, głód i wojaków. 
O innych pomorach przed pruskim zaborem źródła milczą, co nie oznacza, że ich nie było. 
 

Szlaban na radowanie się

Faktów powiązanych z tą konkretną krainą i tymi epidemiami mamy, nomen omen, jak na lekarstwo. Wiele bym zatem dał, żeby natrafić na spuściznę jakiegoś tutejszego Daniela Defoe. Zanim tak się stanie, pozostaje mi tylko ogólne przedstawienie sytuacji w chwili zagrożenia. Gdy morowe powietrze zatruwało okolicę, śmierć się po prostu czuło. Miasta i wsie przechodziły na tryb zarazy. Rozpoczynała się wojna. Kto mógł, opuszczał strefę frontu. Ci, którzy zostawali, relacje międzyludzkie ograniczali do minimum. Zamierał handel, uaktywniali się szabrownicy, ruszały na żer hieny cmentarne i inne hultajstwo. Z drugiej strony pojawiały się pewnie jednostki godne medalu za odwagę i poświęcenie. Generalicja, czyli władze, wyznaczała miejsca walki i dobierała strategię. W dobie nowożytnej wieść o zbliżaniu się epidemii rozgłaszano wśród ludu. Uchwalano też przepisy antymorowe, z których najważniejszy był nakaz ograniczenia kontaktów z rejonami już opanowanymi przez zarazę.
W miastach dotkniętych nieszczęściem z reguły wprowadzano szlaban na radowanie się. W obliczu ludzkich tragedii i bożego gniewu tańce, śpiewy i muzyka były wysoce niestosowne. Miało to również wymiar praktyczny i wpasowywało się w ogólną politykę magistratów, dążących do ograniczania wszelkich zbiorowisk. Nawet ceremoniał pogrzebowy okrawano do niezbędnego minimum, usuwając zeń śpiewy, procesję i bicie dzwonów. Nikt nad trumną nie kontemplował straty. Ksiądz robił swoje, grabarze w pośpiechu zakopywali zwłoki, po czym każdy szedł w swoją stronę. Dla człowieka wierzącego, dla którego praktyki religijne są przecież ważnym rytuałem, taki pochówek oznaczał wręcz pewną dehumanizację. Tutaj wszystko było brzydkie: umierało się w cierpieniu, budząc litość i strach, a lądowało naprędce w ziemi poza przykościelnym cmentarzem (czytaj: daleko od Boga), uchowaj, Panie – jeszcze w masowej i anonimowej mogile. Wielkie pomory z czasem rodziły niewątpliwie obojętność wobec śmierci, objawiającą się przedmiotowym traktowaniem ciał, a nawet żywych jeszcze ludzi. Do jakich postaw doprowadzało u nas morowe powietrze? Ile było tutaj miłosierdzia, a ile egoizmu? Szukano kozłów ofiarnych? Jaki był stosunek do Żydów, w historii nierzadko obwinianych o sprowadzanie moru? Jak zmagania z chorobą wyglądały w każdej ze wspólnot – u izraelitów, katolików i protestantów? Groźba śmierci łączyła czy dzieliła? Włóczono się ulicami w procesjach błagalnych, składano śluby morowe, a może raczej zatracano się w ludyczności? Wielka szkoda, że psychologiczny i socjologiczny obraz krajeńskich zmagań z epidemiami pozostanie co najwyżej kopią dzieł tworzonych gdzie indziej…
Komentarze do artykułu
Dodaj komentarz
Najczęściej czytane
5 października 2013 r. w Gdańsku zmarł Henryk Napieralski, gorący...
Na początku 1945 r., kiedy front przekroczył linię Wisły, a wojska...
Była bardzo pracowita i kochała pomagać innym. Swoją dobrocią,...
Najwyżej oceniane
Była bardzo pracowita i kochała pomagać innym. Swoją dobrocią,...
Czasami trzeba czekać wiele, wiele lat, żeby poznać swoje prawdziwe...
5 października 2013 r. w Gdańsku zmarł Henryk Napieralski, gorący...